FESTIWAL FILMOWY "KinoPozaKinem FILMOWA GÓRA 2011"


KINO Z SZACUNKIEM DLA WIDZA

Niedobrze jest z filmowymi debiutami. Ale ich nie najlepszy poziom bierze się nie z powodu hamowania "nieskrępowanej wolności twórczej", ale - niestety - z jej nadmiaru
Tekst "Co się stało z naszym kinem?" Tadeusza Sobolewskiego ("Gazeta" z 14 lipca) wprawił mnie w osłupienie. Dowiedziałam się, że zwycięża w Polsce "straganiarski model kinematografii", w którym talenty "nie mają warunków do wzrostu". Że przyczyną zła jest producencki model kinematografii, w którym "mali producenci na dorobku dyktują reżyserom warunki, hamują twórcze myślenie, forsują sprawdzone schematy".

Sobolewski wydał wyrok jeszcze przed tegorocznym festiwalem w Gdyni: że to "miernota", że "popadło w prowincjonalizm, nieszczerość i nieśmiałość". A jeszcze rok temu po Gdyni Sobolewski pisał: "Dobre wiadomości z kina", "Gdynia 2007. Ale kino", "Kino nie dla idiotów". I oceny: "W Gdyni obejrzeliśmy pierwszy rzut filmów powstałych w nowym systemie publicznego finansowania stworzonym w roku 2005", "Można się było obawiać, że kino polskie zgłupieje. Tymczasem jakby zmądrzało"; "...w państwie filmowym - czyli kinematografii - sprawy idą pomyślnie". Cóż takiego się stało, że krytyk uderzył w tony tak dramatyczne?
Zgadzam się natomiast z twierdzeniem, że niedobrze jest z filmowymi debiutami. Ale ich nie najlepszy poziom bierze się, moim zdaniem, nie z powodu hamowania "nieskrępowanej wolności twórczej", ale - niestety - z jej nadmiaru. Wykształceni w szkołach filmowych bardzo młodzi ludzie, uważający, że już wszystko wiedzą i potrafią, łatwo sięgający po środki publiczne (na każde 10 projektów debiutanckich w PISF aż osiem otrzymuje promesę dofinansowania), niechętnie korzystają z opieki artystycznej. Lekceważąco odrzucają uwagi ekspertów, nie chcą poprawiać swoich scenariuszy. Nie liczą się z widzem. Ba, niektórzy mówią w mediach, że nie obchodzi ich, kto film obejrzy, bo oni go robią dla siebie.
A przecież po wprowadzeniu ustawy o kinematografii powstał przejrzysty, demokratyczny i powszechny system wspierania projektów. O dofinansowaniu rozstrzygają opinie kompetentnych przedstawicieli środowiska filmowego - scenarzystów, producentów, reżyserów, ale także nauczycieli akademickich, kiniarzy, dystrybutorów i krytyków - w tym i red. Sobolewskiego. Ja te decyzje respektuję.
Martwi Sobolewskiego, że gdyby pojawiły się projekty debiutów na miarę Rumuna Mungiu czy braci Dardenne, to nie otrzymałyby wsparcia PISF. To nieprawda. Na takie projekty czekamy. Nie przypominam sobie sytuacji, w której red. Sobolewski jako ekspert Instytutu polecił jakiś projekt albo tym bardziej, żeby interweniował, gdy eks-perci odrzucili jakiś ciekawy debiut.
Niezadowalający poziom pierw-szych filmów fabularnych to nie wina ekspertów - oceniają to, co do Instytutu zostaje złożone. Nigdy w historii polskiej kinematografii nie było tak wielu debiutów jak dziś. W 2007 r. to 45 proc. wszystkich filmów. Z inicjatywy szefa Stowarzyszenia Filmowców Polskich, w ramach stworzonego przez niego programu, co roku powstaje ponadto 10 debiutanckich filmów 30-minutowych. Instytut dofinansowuje także filmy dyplomowe i etiudy szkolne. Nie ma dziś przymusu w doborze producenta i nie ma też problemu ze znalezieniem opiekuna artystycznego. W wielu przypadkach młodzi reżyserzy są swoimi własnymi producentami. Bywa, że z powodzeniem, bywa, że nie. Nie ma także cenzury ani obyczajowej (przykład: "Z miłości" w reż. Anny Jadowskiej i "Wojna polsko-ruska" w reż. Xawerego Żuławskiego), ani politycznej (scenariusz Darka Gajewskiego o Powstaniu Warszawskim i film o lustracji "Skaza" Michała Rosy).
Nie pojmuję więc, na czym polega to skrępowanie młodych talentów. Może na tym, że muszą szanować publiczne pieniądze?
Jedną z niekonsekwencji tekstu jest wezwanie do stworzenia klimatu "podwyższonych wymagań" poprzedzone uwagą o rzekomym tłumieniu przez PISF "nieskrępowanej wolności twórczej, inwencji i estetycznych poszukiwań". Proszę choćby o jeden przykład, bo nie znalazłam w tekście. Poza zakamuflowaną teorią spisku lub układu, który jest przyczyną rozczarowującej red. Sobolewskiego kondycji filmu.
Poeta może napisać wiersz i wrzucić do kosza. Pisarz swoją niewydaną powieść może schować do szuflady. Malarz odstawić obraz do kąta pracowni - robią to na swoją odpowiedzialność i ryzyko. Ale filmowiec, także debiutant, kreuje nie tylko rzeczywistość artystyczną, ale uruchamia niezwykle kosztowny proces produkcyjny. Nie ma innego zawodu w Polsce, w którym państwo tak hojnie finansuje pragnienia i marzenia młodego profesjonalisty. Z nadzieją na społeczny sens jego pracy.
I tu dochodzimy do fundamentalnej kwestii: film bez widza jest nic niewart. Nie rozumiem więc, jak krytyk filmowy, który jest pośrednikiem pomiędzy dziełem a publicznością, z takim lekceważeniem może pisać o adresatach swojej własnej twórczości i bezpodstawnie zarzuca taką pogardę "decydentom".
Faktem jest - i trzeba spojrzeć prawdzie w oczy, bo nie pomogą tu żadne publicystyczne zaklęcia - że filmy autorskie, ambitne, trudne mają, niestety, małą widownię. Tak jest na całym świecie! Nie jest dobrze, że np. entuzjastycznie przyjęty przez krytykę film Andrzeja Barańskiego "Parę osób, mały czas" miał tylko 16 tys. widzów. Takich przykładów jest mnóstwo - "Co słonko widziało", nagroda w Gdyni: 7 tys.; "Oda do radości", nagroda w Gdyni: 7 tys.; "Z odzysku", nagroda w Gdyni: 10 tys. Takie są realia i hipokryzją jest sugerowanie, że istnieje masowa widownia spragniona filmów ambitnych, a tylko z pogardy dla niej "decydenci" dostarczają jej rozrywkową tandetę. To zadaniem krytyka jest przekonać do wartości dzieła i zaprosić do kina także widzów telenoweli. A środowiska filmowego - zaproponować im oprócz filmów autorskich także dobry film historyczny, komedię, political fiction bądź dramat psychologiczny. Filmy gatunkowe wymagają jednak wysokich umiejętności zawodowych, których brak sprawia, że widz od razu się orientuje, że król jest nagi.
W latach 80. podjęto w TVP próbę stworzenia struktury wspierającej młode kino, produkującej telewizyjne debiuty. Trwało to jednak krótko i wyprodukowano tylko jeden cykl filmów fabularnych krótkometrażowych. Przetrwała jednak idea. Podejmowano kilkakrotnie próby reaktywacji studia, ale bez powodzenia. Dopiero teraz, z inicjatywy prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich Jacka Bromskiego, wspartego przez PISF, TVP SA i ministra kultury rodzi się jeszcze jeden, oprócz programów PISF, realny instrument wspomagania debiutów. W zamyśle nawiązuje do najlepszych doświadczeń polskiej kinematografii, w tym zespołów filmowych. Studio, tym razem w strukturze Stowarzyszenia Filmowców Polskich, ma zapewnić debiutantom opiekę artystyczną, zorganizować środki na produkcję, wymagając w zamian wysokiej jakości artystycznej i technologicznej.
Studio jeszcze nie zaczęło działać, nie zebrała się nawet Rada Programowa, a red. Sobolewski obwieścił jego krach, sprowadzając rzecz do rzekomych rozstrzygnięć personalnych. Dlaczego? Z artykułu nie zrozumiałam. Znam regulamin, Rada Studia ma kompetencje programowe, a Stowarzyszenie, które odpowiada za dotacje, proces produkcji i rozliczenia, kieruje filmy do produkcji. Trudno też obronić tezę, że Jacek Bromski, którego zasługą jest stworzenie podstaw do działania Studia, jest tą osobą, która prowadzić je będzie do zguby. Zwłaszcza że Stowarzyszenie robi to nie dla zysków, ale z przeświadczenia o konieczności realnych działań na rzecz rozwoju polskiej kinematografii.
A największą jej szansą jest właśnie najmłodsze pokolenie filmowców, które swoje aspiracje artystyczne łączy z szacunkiem dla potencjalnego widza.
*AGNIESZKA ODOROWICZ
jest dyrektorem Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej

Gazeta Wyborcza nr 171, wydanie waw z dnia 23/07/2008

 

Od 2010 roku Filmowa Góra nominuje do Nagrody Polskiego Kina Niezależnego im. Jana Machulskiego


Wspiera nas:


Współorganizatorzy FG:





Wyszukiwarka

Odwiedziny


Wczoraj : 170