FESTIWAL FILMOWY "KinoPozaKinem FILMOWA GÓRA 2011"


Po prostu Gajos

Coraz rzadziej decyduje się na udział w polskim filmie. Wybiera teatr. Kiedy jednak w końcu pojawia się na dużym ekranie – jak ostatnio w „Mniejszym złu” Janusza Morgensterna – wiadomo, że wstydu nie będzie. We wchodzącym 18 marca do kin „Wygranym” Wiesława Saniewskiego znów zagrał wielką rolę: mieszkającego we Wrocławiu starego Amerykanina, matematyka i gracza w wyścigach konnych.


Niepokonany. W czasach sprzedawania prywatności w odcinkach na łamach tabloidów, trwonienia talentu w serialach albo na tanecznym parkiecie Janusz Gajos pozostaje jedną z ostatnich już redut aktorskiej wyjątkowości. Udowadnia, że karierę zawodową można budować inaczej. Wyłącznie rolami, a nie codzienną spowiedzią z (nie)udanych ról życiowych.
Dziesiątki ról, setki wspomnień: zawadiacka diastema Janka Kosa i berecik z antenką Tureckiego, przepocona koszulka Michała Szmańdy z „Wahadełka” Bajona i matowe spojrzenie majora Kąpielowego z „Przesłuchania” Bugajskiego, wreszcie banalny, trochę poplamiony wódką, żółty szalik z pięknego filmu Janusza Morgensterna. Gajosowi było w nim do twarzy. Znakomitemu we wszystkim znakomicie.

Aktor serio
Nie sposób go przeoczyć – przykuwa uwagę, nawet grając najbardziej pospolite typy albo występując w słabych filmach. Jest zbyt świadomy swoich możliwości, żeby można było umieścić go w ściśle zdefiniowanym tunelu interpretacyjnym albo przyporządkować do jednego tylko typu ról. Nie ma fizjonomii amanta i drania, a jednak potrafi zagrać jednego i drugiego. Zagrać – a zatem siłą aktorskiej mimikry przekonać wątpiących, że w tej profesji można udawać życiorysy równoległe, z lepszym lub gorszym rezultatem wcielać się w cudze biografie, ale można także – to przypadek Gajosa – stawać się portretowanymi. Przejmować nie tylko ich twarze, ale także ból, marzenia, strach i nienawiść. Całą gamę sprzecznych uczuć. Gajos osiągnął na tym polu mistrzostwo. Bez podpórki w osobie reżyserskiego guru, któremu byłby wierny, aktor – na swojej w gruncie rzeczy samotniczej aktorskiej drodze – niejeden raz udowodnił, że stać go na wszystko.
Z nielicznych wywiadów, których udzielił, wiemy, że nie lubi zarówno egzaltowanego, krytycznego pustosłowia na własny temat, jak i niemądrych wycieczek autobiograficznych. Jest bowiem aktorem w starym stylu, dla którego jedynym obowiązującym językiem artystycznej komunikacji z widzem jest teatralna scena albo filmowy plan; bo aktorstwo to sprawa serio. W tym znaczeniu Janusz Gajos jest beneficjentem tego samego artystycznego rodowodu, co Mikołajska, Holoubek, Łomnicki, Komorowska, Zapasiewicz, Trela, Frycz. Samotnicy z wyboru.
Zarówno w teatrze, jak i w kinie, aktor unika zadań zbyt łatwych, oczywistych. Aktorską osobowość definiuje poprzez krańcowo różne role: komediowe, tragiczne, ambiwalentne. Jest także mistrzem detalu. Myśląc o Gajosie, natychmiast wydobywamy z pamięci dziesiątki jego mimicznych pasaży, gestów, tików – rysowanych, zwłaszcza na scenie, grubą kreską, ale nigdy nieocierających się o karykaturę. Bo Janusz Gajos po prostu dobrze wie, kiedy trzeba wyciszyć emocje, zamilknąć. Dość powiedzieć, że najważniejszą filmową kreacją Janusza Gajosa w ostatnich kilkunastu latach był lichwiarz w „Łagodnej” (1995) Dostojewskiego w reżyserii Mariusza Trelińskiego.
„Ludzie, miłujcie się – kto to powiedział?” – pytał, stojąc przy trumnie żony, grany przez Gajosa właściciel lombardu. Ten zdymisjowany oficer kupił 16-letnią dziewczynę od ciotek-sekutnic. Biedą i skąpstwem próbował zabić w niej godność. Bezskutecznie. Łagodna wybrała samobójczą śmierć, samotność we dwoje była dla niej wyzwaniem zbyt ciężkim, żeby potrafiła temu sprostać. Bohater, zamknięty w dusznym pokoju z ciałem ukochanej kobiety, snuje spowiedź z przeklętego życia. Każda minuta monologu jest torturą, o której świadczą krople potu spływające po twarzy mężczyzny. Lichwiarz w wykonaniu Gajosa nie poddaje się jednoznacznej ocenie. Proste przełożenie, że dziewczyna, kupiona niczym sprzęt, była aniołem, on zaś katem, nie wydaje się uzasadnione. „Jakże ja zostanę tutaj sam?” – pyta daremnie. W finale filmu powracający uporczywie obrazowo-dźwiękowy motyw topniejących kostek lodu zamiera. Na dłoni lichwiarza znika ostatnia kropla, następnej już nie będzie. Nie będzie też Łagodnej. W ogóle niczego nie będzie.

Aktorskie przekleństwo
Zawodową biografię Janusza Gajosa z perspektywy czasu można potraktować jako konsekwentną opowieść w stylu amerykańskim. Zgoła hollywoodzkim, z happy endem. Byłaby to rozgrywająca się w tak zwanych trudnych czasach historia o porażkach, które umacniają; albo o wielkich katastrofach, które po latach składają się na spełnienie.
Janusz Gajos do szkoły teatralnej w Łodzi zdawał aż czterokrotnie, ale przecież w tym samym czasie pracował już w Teatrze Lalek w Będzinie, gdzie spotkał się z charyzmatyczną osobą Jana Dormana; rola Janka w serialu „Czterej pancerni i pies” (1966) Konrada Nałęckiego była dla Gajosa zawodowym przekleństwem, za które zapłacił kilkuletnią artystyczną banicją, ale dzięki zwycięskiemu pokonaniu szufladki z napisem „Janek Kos”, możemy dzisiaj mówić, że wielki talent i tak się wybroni.
Kiedy Gajos wpadł z hukiem do następnej szuflady, tym razem za sprawą woźnego Tureckiego w telewizyjnym „Kabarecie Olgi Lipińskiej”, jednocześnie ustanowił tą rolą obowiązujący w zasadzie do dzisiaj wzorzec aktorstwa komediowego w formule inteligentnej telewizyjnej satyry. Turecki to był bardzo polski cwaniaczek: z wąsem i w waciaku, ale w wykonaniu Gajosa okazywał się także spospoliconym gogolowskim typkiem z logo PRL-u. Mniej groźnym niż u autora „Rewizora”, bardziej leniwym i doskonale znajomym. „Z kogo się śmiejecie?”...
Mniej więcej w tym samym czasie, kiedy masy zachwycały się Tureckim, aktor stworzył wspaniałe, wycieniowane kreacje w kinie – zagrał Michała Szmańdę w „Wahadełku” (1981) Bajona, Kąpielowego w „Przesłuchaniu” (1982) czy arcydzielny epizod zastępcy szefa Radiokomitetu w „Człowieku z żelaza” (1981) Wajdy. Lata 80. ubiegłego wieku to były jednak przede wszystkim wyjątkowe role aktora w telewizji i w teatrze. Już nie tylko Turecki, Winnicki w „Alternatywach 4” czy jedna z gwiazd „Kabaretu pod Egidą”, ale także Ödön von Horváth w „Opowieściach Hollywoodu” Hamptona, Bach w „Kolacji na cztery ręce” Barza, Siemion Siemionowicz Podsiekalnikow w „Samobójcy” Erdmana, Bukara w „Przedstawieniu »Hamleta« we wsi Głucha Dolna” Bresana, Astrow w „Wujaszku Wani” Czechowa i On w „Ławeczce” Gelmana.
Kazimierz Kutz, twórca m.in. „Opowieści Hollywoodu” i „Samobójcy”, odkrył dla telewizji aktorskiego giganta, który wypadał przekonująco zarówno wówczas, kiedy mierzył się z postacią zadziwionego rzeczywistością, uciekającego przed Hitlerem emigranta w „Fabryce Snów” – pisarza Ödöna von Horvátha, jak i z rolą marnego typka Podsiekalnikowa w „Samobójcy”, którego wyposażył jednak w rodzaj nadświadomości pozwalającej zachować resztki przyzwoitości w nieprzyzwoitym systemie (komunistycznym).
Z kolei jako cenzor Rabkiewicz w filmowej „Ucieczce z kina Wolność” (1990) Wojciecha Marczewskiego aktor psychologicznie uwiarygodnił portret przedstawiciela być może najbardziej skompromitowanej profesji z czasów PRL-u, który jako jeden z tysięcy anonimowych współautorów okrutno-surrealnej rzeczywistości potrafił zrozumieć rzeczywistość, gdzie absurd (aktorzy wychodzą z ekranu) przestaje śmieszyć, a zaczyna przerażać.

Filmowa Góra za www.film.com.pl

 

Od 2010 roku Filmowa Góra nominuje do Nagrody Polskiego Kina Niezależnego im. Jana Machulskiego


Wspiera nas:


Współorganizatorzy FG:





Wyszukiwarka

Odwiedziny


Wczoraj : 356