FESTIWAL FILMOWY "KinoPozaKinem FILMOWA GÓRA 2011"


Raczek w Stopklatce o Kałużyńskim i krytyce filmowej

Wczoraj w Łodzi zakończył się 1. Międzynarodowy festiwal filmowy Philips Cinema Mundi im. Zygmunta Kałużyńskiego. W trakcie jego trwania mieliśmy okazję porozmawiać z Tomaszem Raczkiem, dyrektorem artystycznym tego wydarzenia.

Piotr Czerkawski: Phillips Cinema Mundi nosi imię Zygmunta Kałużyńskiego. Można powiedzieć, że szlachectwo zobowiązuje. Czy dla pana jako dyrektora artystycznego było ważne, aby stworzyć festiwal, który spodoba się panu Zygmuntowi? W jaki sposób na ostateczny charakter imprezy oddaje jego nietuzinkową osobowość i specyficzne spojrzenie na kino?

Tomasz Raczek: Ten festiwal miał przypominać najważniejsze cechy zawodowej aktywności Zygmunta Kałużyńskiego jako krytyka: przede wszystkim otwartość na nowe inspiracje, gotowość do pochylenia się nad filmami mało znanych twórców, kompletną niezależność od wpływów i zapędów dystrybutorów filmowych, którzy niejako narzucają mediom, którym filmom poświęcić więcej miejsca, a którym mniej (robią to poprzez wykupywanie akcji promocyjnych, działania marketingowe, reklamy itd.). Zygmunt uważał, ze prawdziwe kino to "zwykłe filmy dla zwykłych ludzi", dlatego na festiwalu jego imienia nie szukaliśmy arcydzieł kandydujących do kanonu historii kina tylko filmów, które wywołują u widzów emocje. I udostępniliśmy im te filmy za darmo. To ważne - i zgodne z lewicowymi poglądami Zygmunta zawsze wierzącego w równy dostęp do kultury bez względu na różnice w statusie majątkowym kinomanów.

Łódzki festiwal skupił się na powstałych w 2010 roku najlepszych filmach nieanglojęzycznych. Czy przez swoją specyfikę Cinema Mundi chciał podkreślać różnice między ambitnym kinem spoza USA, a komercyjną ofertą Hollywood? Czy we współczesnej rzeczywistości te dychotomiczne klasyfikacje mają jeszcze sens?

Współczesne kino zawiera w sobie bardzo wyraźnie zaznaczoną dychotomię: są filmy wysokobudżetowe, intensywnie reklamowane, dostępne w każdym multipleksie i filmy nie mające za sobą tak potężnego finansowego wsparcia, do których dostęp jest trudniejszy. Czasem trzeba się mocno nachodzić, najeździć i nadowiadywać, żeby wreszcie trafić na ich pokaz. W Warszawie nie czuje się tego tak bardzo jak w mniejszych ośrodkach. Festiwale filmowe takie jak Philips Cinema Mundi starają się tym słabszym graczom na marketingowym rynku filmowym dać więcej siły, pomóc im dotrzeć do odbiorców, którzy ich potrzebują, ale często pozostają bezradni wobec jednolitej, komercyjnej, amerykańsko-centrycznej oferty multipleksów.

Choćby ze względu na osobę swojego patrona, Cinema Mundi ma szansę stać się forum dyskusji o polskiej krytyce filmowej. Jak ocenia pan jej dzisiejszy poziom? W jaki sposób spojrzenie ludzi piszących dziś o kinie różni się od postawy na przykład Zygmunta Kałużyńskiego?

Mam wrażenie, że krytyka filmowa dzisiaj w Polsce nie istnieje. Nie ma na nią zapotrzebowania. Tracące wigor media drukowane postrzegają ją coraz bardziej jako nudziarstwo i dążą do zastępowania krytyki krótkimi omówieniami nowości lub felietonopodobnymi tekścikami na temat filmów, które może pisać w zasadzie każdy - nie potrzeba do tego krytyka. Telewizja dawno już pozbyła się ambicji kulturotwórczych, zastępując informację kulturalną - plotką kulturalną. Wielu wydawców popularnych programów tv nie widzi między tymi pojęciami różnicy! Najwięcej do zrobienia jest jeszcze w internecie, ale tu z kolei jego nieodłączny egalitaryzm stoi na przeszkodzie, by szukać fachowych autorytetów w każdej dziedzinie, także krytyki filmowej. Wierzę w to, że prawdziwa krytyka filmowa, taka spod znaku Zygmunta Kałużyńskiego i nagrodzonego statuetką jego imienia Rogera Eberta - jeszcze się odrodzi, ale potrzeba na to trochę czasu i dużo starań.

Kiedy patrzę na przemiany dokonujące się we współczesnym polskim kinie, jestem umiarkowanym optymistą. W filmach takich jak "Wojna polsko-ruska" czy "Made in Poland" młodzi reżyserzy coraz odważniej poruszają kontrowersyjne tematy i łamią obyczajowe tabu. Czy jako człowiek zajmujący się pisaniem o kulturze myśli pan, że właśnie kino może stać się przestrzenią wolności, miejscem sprzeciwu wobec wciąż silnie obecnego w życiu publicznym konserwatyzmu, nietolerancji i ksenofobii?

Tak, wierzę w nieprzemijającą siłę kina. W ciągu ponad 100-letniej swojej historii kino wielokrotnie udowodniło, że ma zdolności dostosowywania się do zmieniających się warunków życia społeczeństw i nadążania za gwałtownym rozwojem cywilizacji technicznej. Kino ciągle pozostaje najbardziej efektownym sposobem działania na emocje ludzi na tym wyższym, szlachetniejszym diapazonie kultury. Rewolucje obyczajowe, które wspiera kino, mają większe szanse, by na trwale zmienić wyobraźnię i przyzwyczajenia widzów. Współczesne kino jest jak supernowoczesny samolot: daje duże możliwości, ale swoim pilotom stawia też dużo większe wymagania...

Widzowie "Pereł z lamusa" zapamiętali pana jako wyważonego dyskutanta, którego spokój świetnie kontrastował z impulsywnością Zygmunta Kałużyńskiego. Tymczasem, w jednym z wywiadów wyznał pan, że "siedzi w panu mały anarchista, któremu podobają się filmy Johna Watersa", a od kilku lat przy różnych okazjach często prosi się pana o wyraziste deklaracje światopoglądowe. Zastanawiam się, która ze stron tego wizerunku wydaje się panu bliższa. A może obie po prostu zgodnie współegzystują?

Zawsze miałem coś z anarchisty i buntownika. Uwielbiałem denerwować przełożonych i rzadko stosowałem się do ich zaleceń. Jako pacyfista zrobiłem wiele, aby nie pójść do wojska. Nie mam łagodnej, ugodowej duszy, ale nauczyłem się robić takie wrażenie, bo doświadczenie pokazało, że to się opłaca. Zygmunt Kałużyński był pierwszym człowiekiem, który rozgryzł mnie bezbłędnie już przy pierwszym spotkaniu (miałem wtedy 19 lat) i bardzo mu się to spodobało. Jako zawodowy reżyser, wykształcony przez samego mistrza - Leona Schillera - wpadł na pomysł, że można z nas zrobić duet i niedostrzegalnie, ale bardzo inteligentnie stosując pewne fortele po jakimś czasie do tego doprowadził. Wymyślił najpierw "ekranowego" siebie, potem ja dodałem do tego swój medialny wizerunek (tymczasem sam przecież skończyłem Akademię Teatralną). Nasz duet przechodził przemiany związane z wiekiem Zygmunta: najpierw kłóciłem się z nim zaciekle, po latach - bardziej nim się opiekowałem. Zrodziła się z tego wieloletnia współpraca i przyjaźń. Ale ja nigdy się nie zmieniłem: w głębi duszy jestem wciąż tym samym wściekłym anarchistą gotowym zaatakować establishment w każdym momencie /śmiech/

Piotr Czerkawski

Festiwal Filmowa góra za http://www.stopklatka.pl

 

Od 2010 roku Filmowa Góra nominuje do Nagrody Polskiego Kina Niezależnego im. Jana Machulskiego


Wspiera nas:


Współorganizatorzy FG:





Wyszukiwarka

Odwiedziny


Wczoraj : 213