FESTIWAL FILMOWY "KinoPozaKinem FILMOWA GÓRA 2011"


Wywiad z Kornelem Mundruczó

Chciałem pokazać, jak niebezpiecznym zawodem jest bycie reżyserem, kreowanie rzeczywistości, która w pewnym momencie zaczyna żyć własnym życiem, wymyka się spod kontroli – mówi Kornel Mundruczó, węgierski reżyser uwielbiany na wrocławskiej Erze Nowe Horyzonty, którego „Łagodny potwór. Projekt Frankenstein” 29 kwietnia wszedł na ekrany polskich kin.

Mariola Wiktor: „Łagodny potwór. Projekt Frankenstein” to tytuł twojego najnowszego filmu. Niekomercyjny, skomplikowany…
Kornel Mundruczó: (śmiech) Bo ja nie robię kina dla wszystkich. No, w każdym razie nie jest to kino rozrywkowe, lekkie, łatwe i przyjemne. Pierwsza część tytułu filmu dok-ładnie oddaje to, co myślę na temat potwora. Jest niewinny. Druga natomiast wskazuje na odniesienia do literackiego pierwowzoru, czyli powieści Mary Shelley „Frankenstein”, chociaż od razu sugeruje także, że mamy do czynienia z bardzo swobodną jej adaptacją.

M. W.: Faktycznie, XIX-wieczną powieść Shelley, choć zainspirowała wielu filmowców, nie jest łatwo przenieść na ekran.
K. M.: To prawda. Sam pomysł  opowieści o człowieku powołującym do życia sztucznego człowieka, monstrum – potwora, który następnie buntuje się przeciw swojemu stwórcy – jest jak najbardziej filmowy, ale fabuła książki już nie, ponieważ przesłania ją zbyt wiele filozoficznych rozważań. Trzeba pamiętać, że ta powieść była pomyślana jako wielki traktat o ludzkiej kondycji, granicach poznania, religii, wyrażała lęk człowieka z początków XIX wieku wobec przekraczania praw natury. Myślę, że współczesna kultura masowa strasznie spłyciła metafizykę tej powieści, sprowadzając większość filmowych adaptacji do mniej lub bardziej przerażających horrorów o potworach. Mnie ta książka zainteresowała już wiele lat temu, kiedy rodził się mój syn. W pewnym więc sensie, oczywiście metaforycznym, czułem się jak Wiktor Frankenstein – stwórca nowego życia. Adaptowałem tę powieść na widowisko teatralne. O ile jednak postaciom scenicznym nadałem imiona, o tyle w filmie są one już tylko figurami – Ojca, Matki, Syna. Bo tym, co najbardziej mnie zainteresowało w tej historii, jest jej wymiar mityczny, uniwersalny.

M. W.: No właśnie. W powieści Shelley monstrum nie ma imienia. Dopiero w kulturze masowej przyjęło się go określać mianem frankensteina pisanego z małej litery, by w ten sposób odróżnić go od stwórcy Wiktora Frankensteina.
K. M.: W moim filmie przywołuję wielką ideę Mary Shelley, która pokazuje efekt zwierciadła, odbicia. To mit, który żyje poza tekstem. Monstrum i kreator to ta sama osoba. Ta książka jest podróżą w siebie, w głąb swojej świadomości. Nie ma tutaj podziału na bohaterów dobrych i złych. Monstrum i jego twórca są zarazem winowajcami i ofiarami. Mój film to opowieść współczesna. Opowiada o reżyserze filmowym, któremu podczas castingu do nowego filmu przytrafia się tragiczny wypadek. Jedna z dziewcząt ubiegających się o rolę zostaje zamordowana przez swojego ekranowego partnera. Jest nim chłopiec o imieniu Rudi, który okazuje się... synem reżysera. Chłopak zaraz po urodzeniu oddany został do domu dziecka, a ojciec nie wiedział o jego istnieniu. Pozbawiony miłości i akceptacji, nieprzygotowany do życia młody człowiek popełnia kolejne zbrodnie.

M. W.: Oskarżasz rodziców?
K. M.: Tak. Bo to oni stworzyli potwora. Nie dali dziecku miłości, nie nauczyli właściwych relacji ze światem i odrzucili je. Rudi nie jest odpychającą bestią, sprawia raczej wrażenie kogoś bardzo kruchego i bezbronnego. On chce być kochającym synem, ale nie wie, jak to okazać. Jest nieporadny, czysty i niewinny. Kompletnie nie potrafi kontrolować swoich emocji, bo nikt go tego nie nauczył.
Jednak obsadzając siebie w roli reżysera, a więc kreatora rzeczywistości ekranowej, oskarżam też sztukę samą w sobie. Mój bohater bierze na siebie odpowiedzialność. Do symbolicznych narodzin potwora dochodzi właśnie podczas castingu. To wtedy Rudi, zmuszony do wyrażenia własnych uczuć, niepotrafiący ich w sobie odnaleźć, popełnia pierwszą zbrodnię. Ojciec-reżyser nieświadomie prowokuje morderstwo, dopisując tragiczny finał do historii z przeszłości.
Chcę od razu uprzedzić twoje kolejne pytanie – to nie jest w żadnym wypadku moja autobiografia. Chciałem za to pokazać, jak niebezpiecznym zawodem jest bycie reżyserem, kreowanie rzeczywistości, która w pewnym momencie zaczyna żyć własnym życiem, wymyka się spod kontroli.

Mariola Wiktor


całość przeczytasz w magazynie

Filmowa Góra za http://www.film.com.pl

 

Od 2010 roku Filmowa Góra nominuje do Nagrody Polskiego Kina Niezależnego im. Jana Machulskiego


Wspiera nas:


Współorganizatorzy FG:





Wyszukiwarka

Odwiedziny


Wczoraj : 247