FESTIWAL FILMOWY "KinoPozaKinem FILMOWA GÓRA 2011"


„Baby są jakieś inne” Koterskiego: będzie hit?

Na ekrany kin wchodzi najnowszy film Marka Koterskiego „Baby są jakieś inne”. Wbrew tytułowi nie jest to opowieść o kobietach, lecz – jak wszystkie filmy tego reżysera – o mężczyznach. Sceny z filmów Marka Koterskiego w formie składanek krążą po Internecie, co jest dzisiaj najwyższą formą docenienia przez widzów. Mówiło się Bareją, „Seksmisją” i „Vabankiem” Machulskiego, mówi się Koterskim. Z najnowszego filmu „Baby są jakieś inne” też na pewno wejdzie do polszczyzny szereg tekstów.

– Marek nigdy nie uważał się za filmowca – zauważa Marek Kondrat, aktor wcielający się w postać Adasia Miauczyńskiego w rozpoczynającym kino Koterskiego „Domu wariatów”, w „Dniu świra” i w kończącym cykl „Wszyscy jesteśmy Chrystusami”. – Jest wykształconym polonistą, tu czuje grunt. Stworzył własny język, własną stylistykę, własne kino, które jest antykinem, bo nie epatuje obrazem.
– Czekam na jego film całkowicie oderwany od Miauczyńskiego. Niech zrobi jazdę dowolną wreszcie, bo mam wrażenie, że to, co robił do tej pory, to była jazda obowiązkowa, w stosunku do siebie, do swoich potrzeb – zwierza się Jacek Bławut, operator i dokumentalista, twórca obrazu do dokumentów i fabuł Koterskiego, przyjaciel reżysera od końca lat 70. Prawie się udało. „Baby są jakieś inne” to półtoragodzinny set stereotypów (najczęściej prawdziwych) na temat kobiet, wyrzucanych z siebie przez dwóch sfrustrowanych samców na skraju załamania nerwowego podczas nocnej jazdy samochodem po polskich drogach. Punktują różnice między płciami w każdej dziedzinie życia, opowiadają historyjki o wiecznym babskim szukaniu kluczy w torebce, o spóźnianiu się, o modzie na podwójne nazwiska i tak aż po naśladowanie damskich odgłosów dobywających się z toalety.

– To nie jest film o kobietach, tylko o mężczyznach – przyznaje Robert Więckiewicz, kreujący obok Adama Woronowicza główną rolę w tym specyficznym kinie drogi. – I my tam, niestety, bardzo źle wypadamy. Ród męski jest w fatalnej kondycji. Fakt, mężczyźni w filmach Koterskiego nigdy dobrze nie wypadali. Niby ziejący jadem, a w istocie bezradnie jęczący bohaterowie „Bab” z pewnością są z tego samego pnia co Adaś Miauczyński. Film – podobnie jak wszystkie poprzednie – napisany jest typową, rozpoznawalną frazą Koterskiego i podobnie jak poprzednie jest mieszanką błyskotliwych obserwacji życia, groteski, wulgaryzmów i humoru skatologicznego.

Jednak nie sposób nie zauważyć, że mniej tu samego Koterskiego, mniej jego trzewi, flaków, bólów i wstydów. Bohaterowie miauczą, choć im akurat się wydaje, że szczekają, ale nie przez przypadek żaden z nich nie nosi nazwiska Miauczyński. Wygląda na to, że po siedmiu (szczęśliwa cyfra numeromana Koterskiego/Miauczyńskiego) autoterapeutycznych filmach, w których od 1984 r. do 2006 r. nazywał i przepracowywał kolejne swoje traumy i problemy, 69-letni reżyser wreszcie wypuścił z siebie Adasia Miauczyńskiego.

Terapia filmem

– Cierpienie i terapia filmem przyniosły mu tak głęboki wgląd w drugiego człowieka, jakiego nie mają ci, którzy zawsze stali z boku – stwierdza Marek Kondrat. – Jestem kojarzony z bohaterem Koterskiego i spotykam bardzo różnych ludzi, którzy mi opowiadają, że noszą w sobie jakieś kawałki Miauczyńskiego. Od tych wszystkich natręctw, przez ból egzystencjalny, samotność, poczucie niespełnienia, braku wzajemności od świata i ludzi. Marek to sformułował, bo dla niego to był warunek pozostania pośród żywych. Kiedy patrzę na dzisiejszego Marka, na to jego wyzwolenie z siebie, myślę, że jego terapia powiodła się do tego stopnia, że może być wzorcem dla wszystkich uzależnionych.

Scenariusz debiutanckiego filmu – „Domu wariatów” – został Koterskiemu, jak twierdzi, pewnego wieczoru podyktowany. Nazywa to kumulacją traumy: „Zdjęcia trwały tylko 31 dni. Przygotowanie – lekko biorąc, 25 lat”. – Film dla niego znaczy więcej niż film – wyjaśnia Jacek Bławut. – To było jego koło ratunkowe, może nawet uratował mu życie. Musiał przejść tę wiwisekcję, niestety kosztem najbliższych, ale to jest walka. Żeby ją wygrać, trzeba być bezwzględnym, cenę najczęściej płacą najbliżsi. W kolejnych siedmiu obrazach przetwarzał na sztukę swoje życie. Traumatyczne dzieciństwo w domu niedobranych, sfrustrowanych rodziców, zaszczepione wtedy nerwice natręctw i codzienne rytuały, wygórowane i zawiedzione ambicje zawodowe, przegapioną miłość, nieudane małżeństwo, skłonność do nałogów, którą przekazał synowi, wyrzuty sumienia, że dziecko wychowywało się w piekle jego małżeństwa, tak jak on wychowywał się w piekle małżeństwa swoich rodziców, strach przed tym, że syn będzie tak samo nieszczęśliwy jak on.

„Dom wariatów” zrealizował 13 lat po skończeniu łódzkiej Filmówki, miał 42 lata. Wcześniej skończył polonistykę we Wrocławiu, nie skończył historii sztuki i malarstwa oraz pracował jako dokumentalista w łódzkiej Wytwórni Filmów Oświatowych. Wiele z jego dokumentów opowiada o teatrze, z którym będzie związany przez całe życie (scenariusze jego filmów będą pierwotnie sztukami; część z nich sam wystawi). Bardziej jednak od efektu finalnego, dzieła sztuki, zajmował go proces zmagania się człowieka artysty z samym sobą, z ograniczeniami ciała, głosu i talentu w walce o znalezienie właściwej formy dla artystycznej wypowiedzi. „W jakimś sensie nie czuję się »artystą«, »reżyserem«. Chciałem kiedyś napisać takie »korepetycje dla średnio zdolnych«. (…) Są ludzie nieobdarzeni tak wyraźnym talentem, a jednak czujący powołanie” – mówił w 1986 r. w miesięczniku „Kino”.

Stopniowo dokument w czystej formie przestawał mu wystarczać. Momentem granicznym była praca nad nagrywanymi w ośrodku Monaru „Przyczynami narkomanii”. – To film na owe czasy rewolucyjny – wspomina Jacek Bławut. – Tekst, rytm, rzeczywistość wykreowana, ale jakoś prawdziwsza od tej nagrywanej bez stylizacji. Każde słowo miało znaczenie, każda pauza. Byłem operatorem intuicjonistą, pracując z Markiem zrozumiałem, że oprócz obrazu jest słowo, które też ma swoją formę.

W Monarze Koterski zrozumiał, że przyczyną narkomanii może być wszystko, w skrócie: „Życie, obniżona odporność na nie”. A nagrane tam setki godzin rozmów (po spisaniu wyszło ponad tysiąc stron tekstu) posłużyły mu do budowy własnego języka. Z autentycznych wypowiedzi stworzył rodzaj destylatu – skondensowanego nadjęzyka bazującego na języku mówionym, ale ciągle konfrontowanego z normą językową. Stąd te ciągłe powtórki i autopoprawki bohaterów jego późniejszych filmów, niby inteligentów, ale zanurzonych w nieinteligenckim świecie, niepewnych siebie i niepewnych swojego języka, stale niezdecydowanych, czy powiedzieć tę czy tą, wziąłem czy wzięłem, więc na wszelki wypadek mówiących obie te formy naraz.

Tam w Monarze, podczas pracy nad „Przyczynami narkomanii”, stworzył język, którym mógł wreszcie wyrazić siebie. – Bohater ciągle siebie poprawia – to cały Marek, ciągle mu niewygodnie, zawsze go coś uwiera, nigdy nie ma spokoju – tłumaczy Wojciech Wysocki, który zagrał Miauczyńskiego w drugim filmie Koterskiego, „Życiu wewnętrznym”, a potem pojawiał się w mniejszych rolach w większości następnych. – „Ale przecież ja dobrze chcę dla ciebie, pragnę” – mówił do mnie na planie Tadeusz Łomnicki. Poza planem też zaczęliśmy tym językiem mówić. Zaburzona składnia, inwersje, powtórki. – Jak to weszło ludziom! – zachwyca się siłą języka Koterskiego Marek Kondrat. – Zadzwonił do mnie stolarz: „Podłoga będzie za tydzień, zresztą dam panu znak, sygnał”. Ludzie z biura zaczynają dzień od mantry „Kurwa, ja pierdolę”.

Potem z taką samą siłą uderzy w nas język Doroty Masłowskiej, ale wcześniej ulica będzie mówić tekstami z kolejnych filmów Koterskiego. Cytować modlitwę Polaka, monolog Adasia do robotników zaczynający się od słów: „Czy panowie muszą tak napierdalać od bladego świtu?”, furorę zrobi hasło „moja prawda jest najmojsza” czy konstatacja: „Ale ja tak naprawdę nie mam miejsca w życiu na kobietę mojego życia” – żeby przywołać tylko jeden film, „Dzień świra”.

Własny kosz na śmieci

Bohater i tematy filmów Koterskiego narodziły się podobnie jak ich język – z rzeczywistości, która uległa procesowi kondensacji i destylacji. W środowisku krążą anegdoty z planów kolejnych filmów. Jak ta, że podczas kręcenia „Życia wewnętrznego” Koterskiego nie satysfakcjonowała żadna z propozycji scenografii, aż w końcu zawiózł scenografa do swojego mieszkania w mrówkowcu na łódzkim Manhattanie i kazał je odtworzyć. Na koniec przyniósł na plan własny kosz na śmieci.

– Marek uwielbia podgrywać, pokazywać aktorom, jakie są intencje poszczególnych scen. Szczególnie lubił odgrywać sceny wścieku – tortur psychicznych i wrzasków na żonę – wspomina Wojciech Wysocki. – Ja tego Miauczyńskiego lepiłem z obserwacji Marka, z niego są na przykład te przechylone kąciki ściągniętych ust. „Od początku żywię się sobą przy budowaniu tej postaci. Nie wszystko jednak przeżyłem z tego, co przeżył Adaś. I myślę, że coraz bardziej różnimy się z Adasiem. Ale Adaś jest wygodnym medium dla wyrażenia mego bólu, strachu, wstydu” – mówił Koterski przy okazji promocji „Dnia świra”.
Stworzył postać skarlałego, sfrustrowanego, gryzionego i próbującego się odgryzać, ale jednak zachowującego resztki idealizmu inteligenta na styku dwóch epok: PRL i wolnej, kapitalistycznej Polski. W najlepszych filmach groteskowego i przejmującego zarazem, w słabszych przechylającego się w stronę błazenady. Nowe wcielenie Piszczyka z „Zezowatego szczęścia” Andrzeja Munka, ulubionego filmu reżysera.

Sam Koterski prowokacyjnie przyznawał, że miłość do Chopina sąsiaduje w nim ze skłonnością do wzruszania się przy disco polo. Sentymentalizm, przaśność, wulgaryzmy, dosadność, grube żarty, czasem także wstawki religijne. Kilku filmowców i pisarzy również opisujących polskiego inteligenta, zapytanych o kino Koterskiego, odpowiedziało mi, że to nie ich poetyka. Marek Kondrat swego czasu namawiał do wspólnej gry w sztukach Koterskiego najlepszych polskich aktorów – bez sukcesu.

Inteligent w rozsypce

Po serii słabszych filmów przyszło arcydzieło. „Dzień świra” z 2002 r. zbierał w genialnej formie wszystkie tematy i traumy Koterskiego/Adasia, do akcji wrócił także najlepszy aktor Koterskiego – Marek Kondrat, wcześniej syn w „Domu wariatów”. To opis życia polskiego inteligenta, 44-letniego polonisty, z upokarzająco niską pensją, niskim autorytetem u uczniów i u siebie samego. Wszystko go drażni i doprowadza do szału: robotnicy za oknem, sąsiedzi z bloku, psy, reklamy telewizyjne, kłótnie polityków, gdakanie kobiet w przedziale pociągu. Nie wychodzi mu ani rzucanie palenia, ani napisanie wiersza (słynne: „Pośród ogrodu siedzi ta królewska para...”).

Boi się, że jego ukochany syn popełni te same błędy co on. Zaklina więc rzeczywistość, popijając siedmioma łykami prozac, odliczając siedem garści płatków śniadaniowych, mieszając kawę do siedmiu. „Praca, którą wybrałem, okazała się udręką za grosze. Zabija mnie samotność, którą sam sobie zgotowałem. Nikt i nic mnie już nie czeka. Jestem w proszku, rozsypce. Śmiertelnie zmęczony, chociaż niczego jeszcze w życiu nie dokonałem” – podsumowuje swoje życie.

– Spotkanie z Markiem jest dla mnie znaczące także poza kontekstem sztuki – tłumaczy Marek Kondrat, który za rolę Miauczyńskiego został uhonorowany na festiwalu w Gdyni. – Jego teksty powodują u mnie reakcje psychofizyczne, zaczynam odczuwać ból niemal fizyczny. I nie jest w tym odosobniony, w jego Miauczyńskim wielu widzów odnalazło bolesną i wstydliwą cząstkę siebie. „Dzień świra” zdobył uznanie jednocześnie krytyków i widzów, zajmuje ważne miejsce w polskiej kinematografii.

Po nim przyszedł film „Wszyscy jesteśmy Chrystusami”, może najtrudniejszy dla twórcy, bo będący rozliczeniem z najważniejszym z problemów Koterskiego – alkoholizmem, który zatruł życie jemu i jego najbliższym, jest też odpowiedzialny za narkomanię syna reżysera Michała, zwanego Miśkiem. W finale ojciec (Marek Kondrat) i syn (Michał Koterski) wspólnie dźwigają krzyż, a wzajemna miłość jest szansą na ocalenie. „Pewnie, że się bałem. Jednak tego filmu nie robiłem po to, by zaistnieć przy kolegach czy przeżyć przygodę. Ten film jest dla mnie czymś więcej – jest misją. Każdy z nas przeżywa takie rzeczy i ja się tego nie wstydzę. Nikt nie ma kolorowego życia. Ja się cieszę, że się na to odważyłem i że pomógł mi w tym mój ojciec” – mówił Misiek Koterski po filmie.

Chór, rower i tai chi

„Miłość. Jest ona ratunkiem na wszystko. (…) Wierzę, że miłości można się nauczyć. Doświadczenia, baty, które zbiera się za niedojrzałość, nonszalancję wobec uczuć, mogą przynieść tę wtórną wiedzę” – tłumaczył Koterski w wywiadzie dla „Kobiety i Życia” z 1987 r. Nauka, podobnie jak autoterapia, trwała długo, ale w końcu Koterski odnalazł swoją Małgorzatę (tę od Mistrza, o której wiecznie marzy Miauczyński, a która w realu nazywa się Małgorzata Bogdańska i jest aktorką) oraz nauczył się znajdować miejsce w swoim życiu dla kobiety swojego życia. – Teraz jest uśmiechnięty, sukces daje mu radość. Zaczął nawet chodzić na premiery filmów innych ludzi. Kilka lat temu spotkał Małgorzatę. Rok temu się pobrali – opowiada Marek Kondrat. – Znam różne opowieści o pracy z Koterskim, jednak człowiek, którego spotkałem na planie filmu „Baby są jakieś inne”, był spokojny, miły i opiekuńczy w stosunku do aktorów – potwierdza Robert Więckiewicz.

Życie organizuje mu pisanie – tworzenie scenariusza kolejnego filmu zajmuje około trzech lat. A także śpiewanie w chórze męskim Miejskich Zakładów Autobusowych (jest w barytonach), praktykowanie tai chi i jazda na rowerze. – To reżim. Marek stale szuka kotwic, które pomogą mu się zaczepić w życiu – ocenia Kondrat.

Martwi się o 32-letniego syna, który z największym trudem odnajduje się w życiu. Po raz pierwszy w filmie ojca wystąpił w wieku siedmiu lat – w dokumencie „Pieśń wojenna” bawił się żołnierzykami w wojnę. Grał syna Miauczyńskiego Sylwunia w kilku filmach. Po „Dniu świra” stał się gwiazdą i warszawskim celebrytą, po „Wszyscy jesteśmy Chrystusami” cała Polska współczuła mu dzieciństwa i dopingowała w wyjściu z narkotyków. Dziś tabloidy rozpisują się o jego wyskokach.

– Spokojnie patrzy na Michała – opisuje postawę Marka Koterskiego Kondrat. – Wie, że jest bezradny w pewnych sytuacjach, a miłość do niego zabrania mu odruchów ubezwłasnowolniających. Nie histeryzuje, bo wie, jakie są kolejne etapy terapii, jakie następstwa, zna zasady postępowania.

Filmowa Góra za www.polityka.pl

 

Od 2010 roku Filmowa Góra nominuje do Nagrody Polskiego Kina Niezależnego im. Jana Machulskiego


Wspiera nas:


Współorganizatorzy FG:





Wyszukiwarka

Odwiedziny


Wczoraj : 213