FESTIWAL FILMOWY "KinoPozaKinem FILMOWA GÓRA 2011"


"Ludzie Boga" od jutra na ekranach kin
Z kraju

Od jutra w kinach "Ludzie Boga" - kameralny film o trapistach zamordowanych w Algierii przez islamskich terrorystów. W zlaicyzowanej Francji obejrzało go 3 mln widzów. Jak go odbierze pobożna Polska? Polski tytuł filmu Xaviera Beauvois jest mylący, podobnie jak plakat. Sugeruje odwieczną opowieść z żywotów świętych - o misjonarzach męczennikach działających wśród "niewiernych

". Tymczasem "ludźmi Boga" można nazwać wszystkich uczestników dramatu - trapistów, okolicznych muzułmanów, ale także islamskich terrorystów, którzy najeżdżają okolicę.


Rzecz dzieje się w latach 90., kiedy rząd algierski nie uznał Islamskiego Frontu Ocalenia i kraj ogarnęła wojna domowa. Ofiarami terrorystów byli także muzułmanie.
Brat Moris ze zgromadzenia Małych Braci, który także był wtedy w Algierii, a teraz mieszka ze swoją wspólnotą w Warszawie, w najuboższej części Pragi, na Brzeskiej, w swojej autobiografii, którą przełożyła właśnie Maria Żurowska, opowiada, że podczas pogrzebu biskupa Oranu, zamordowanego razem z arabskim kierowcą, katedra była pełna muzułmanów. Chrześcijan pozostało tam niewielu. Wśród nich gromadka mnichów z Tibhirin, o których opowiada film Beauvois.

W filmie pomost porozumienia zostaje przerzucony pomiędzy mnichami a terrorystami. Kiedy po raz pierwszy wdzierają się do klasztoru, przeor trapistów brat Christian (Lambert Wilson), stojąc przed partyzantem szantażującym go bronią, cytuje Koran. Tamten, zaskoczony, kończy za niego werset. Beauvois kończy film autentycznymi, proroczymi słowami z testamentu Christiana, skierowanymi do jego spodziewanego zabójcy: "obyśmy obaj, jak dwaj łotrzy, mogli spotkać się w raju, jeśli zgodzi się na to Bóg, Ojciec nas obu. Amen! Inszallah!". Te słowa łamiące wszelkie bariery znajdują pokrycie w filmie.

Mnisi nie zajmują się nawracaniem - żyją wśród mieszkańców Tibhirin jak ludzie wśród innych ludzi. Odprawiają liturgię, medytują, sprzedają na bazarze miód i warzywa z klasztornego ogródka, leczą ludzi, uczestniczą w ich świętach. Po prostu - są.

Miejscowi muzułmanie nie są obcy, ich modlitwy są podobne. Kiedy trapiści uczestniczą w ich nabożeństwie, słyszą słowa, które sami mogliby wypowiedzieć: "Panie, nie obarczaj mnie ciężarem ponad siły!". Wkrótce będą dotyczyć ich własnej sytuacji. Pętla zaciska się. Staje się pewne, że partyzanci nie ominą klasztoru, przyjdą prędzej czy później. Helikoptery rządowe nie dają mnichom spokoju - rola rządu, pozornie chroniącego klasztor, a zarazem wrogiego, pozostaje do końca dwuznaczna. Wszystko to stawia przed bohaterami pytanie o sens bycia w Tibhirin, a także o sens powołania. Boją się. Postępują inaczej niż niektórzy księża z Rwandy opisywani przez Wojciecha Tochmana.

Po francusku film nazywa się "O ludziach i bogach", co w pierwszej chwili może brzmieć relatywistycznie, tak jakby chodziło o różnych bogów i różnych ludzi. Tytuł jest jednak biblijny, wzięty z psalmu 82. "Bogami" ironicznie nazywa się tam panujących, tych, którzy sądzą i stosują przemoc. "Jak bogi jesteście (...), ale jak ludzie umrzecie i upadniecie, jak każdy z władających" (przeł. Cz. Miłosz). Jest w tym paradoksalna myśl, pojawiająca się w Biblii na długo przed Chrystusem: gdzie właściwie jest Bóg, którego "nikt nigdy nie widział"? Jeżeli jest, to nie tam, gdzie w jego imieniu się rządzi, ale w ludzkim geście wobec "biedaka i uciśnionego".

Film Beauvois w całości przeniknięty jest duchowością trapistów - zgromadzenia, do którego należał Thomas Merton, chrześcijanin otwarty na buddyzm. Inny trapista, Basil Pennington, w książeczce "Rekolekcje z Thomasem Mertonem" pisze, że potrzeba odwagi Mertona, by "zzuć obuwie, czyli nasze zwyczajowe praktyki, i chodzić pośród braci z innych religii, być z nimi jedno w poszukiwaniu pokoju, harmonii i duchowego oświecenia". I dodaje: "Niewiele nam pomoże posiadanie poprawnych dogmatów (demony także znają prawdy wiary!)". Mnisi z Tibhirin nie mają innego wyjścia, jak "kochać każdego". Ich świadectwo nie polega na głoszeniu Boga, ale na naśladowaniu Chrystusa jako "jednego z nas". O tym jest ten film - o pułapce religii i próbie wyjścia poza jej opłotki.

Brat Luc - ważna postać w tym filmie - w pewnym momencie zastanawia się głośno nad zdaniem Pascala, że "ludzie nigdy nie czynią zła tak ochoczo, jak wtedy, gdy robią to z przekonań religijnych". W czasach Pascala najokrutniejsze wojny religijne były w Europie normą. Dziś podobne wojny toczą się w innych miejscach świata, głównie na styku z islamem, ale także - jak widać na przykładzie Algierii - wewnątrz niego samego. Gdzie indziej - jak w Rwandzie - toczą się pomiędzy chrześcijanami.

Nie zobaczymy, jak giną mnisi z Tibhirin. Do końca zresztą nie wiadomo, jak zginęli. Beauvois zamyka film innym obrazem, cały czas uważając, żeby nie wykroczyć poza protokolarny sposób opowiadania, nie upodobnić filmu do misterium. A jednak jest to obraz symboliczny: terroryści i prowadzeni przez nich mnisi rzędem, ustawieni na przemian jeden za drugim, idą stokiem góry i znikają we mgle. Błądzący, połączeni ze sobą jednym łańcuchem "ludzie Boga".

Ten obraz jest kwintesencją filmu, pytaniem bez odpowiedzi. Czy uda się wierzącym wyjść poza religie, w których wyrośli, i znaleźć się tam, gdzie wszyscy będą razem? Rzeczywistość nieustannie zaprzecza tej możliwości, ale to właśnie ona - jak pokazuje Beauvois - wyznacza horyzont religii. Wypełnienie jej przykazań wymagałoby więc wyjścia poza religię? Ale czy nie o tym mówią między wierszami ewangelie?

Co doprowadza zakonników do decyzji pozostania w Tibhirin? Kiedy ta decyzja zapada w głosowaniu, nastąpi moment jedności i ulgi, pomimo zagrożenia. Nieistotne stają się wtedy różnice między siódemką zakonnych braci - to, że jedni boją się bardziej, że czyjaś wiara jest mniejsza. Jedni zginą, inni unikną tego losu; ktoś przetrwa, schowany pod łóżko. Nie ma w tym żadnej licytacji świętości, pozostaje tylko dążenie, dobra wola.

Siadają razem do stołu i następuje scena - druga w tym filmie - którą można uznać za symboliczną, wyłamującą się z protokolarnego trybu opowiadania. Świąteczna kolacja widzom kojarzyć się będzie z Ostatnią Wieczerzą, ale w filmie Beauvois wszystko, także liturgia, jest jakby próbą, ludzkim gestem skierowanym w nieznaną stronę. W tym sensie "O ludziach i bogach" nie jest filmem religijnym, choć równocześnie - co za paradoks - jest wyznaniem wiary. Ale chrześcijaństwo znosi ten paradoks. Gdyby ktoś nie wiedział nic o tej religii ani o jej założycielu, dowie się tego, co najistotniejsze. Jednocześnie ten film przemówi do osób niereligijnych. Daje każdemu wszystko, nie zostawia niczego dla wtajemniczonych.

Beauvois i jego scenarzysta Etienne Comar dotknęli za jednym zamachem trzech niezwykle drażliwych tematów, z których każdy kryje w sobie wybuchowy ładunek - styku islamu i chrześcijaństwa; stosunków francusko-algierskich (jak mówią Francuzi, obecnie niemal nieistniejących); wreszcie samego chrześcijaństwa, wewnętrznie tak rozdartego, że gdy się słucha w Polsce dyskusji katolików, wydaje się, że reprezentują różne religie. Ten film, pokazywany w kinach studyjnych, może stać się misyjnym prezentem dla pobożnej Polski od agnostycznej Francji. Kolejnym - po "Lourdes" i "Hadewijch". Z tych trzech filmów jest najprostszy, najłatwiejszy w odbiorze. Działa najsilniej.

W samej Francji - gdzie żyją miliony agnostyków i miliony muzułmanów - "O bogach i ludziach" zebrał do tej chwili ponad 3 mln widzów. Film Beauvois nabiera wyjątkowej aktualności dziś, gdy słychać o prześladowaniach chrześcijan w krajach muzułmańskich. We mgle, w której się znajdujemy, ukazuje możliwe przejście - pomiędzy fundamentalizmem a odrzuceniem religii; pomiędzy użyciem przemocy a ucieczką z niebezpiecznego miejsca. Zresztą, gdzie dziś na świecie jest miejsce bezpieczne?

Wracam do sceny kulminacyjnej - świątecznej kolacji mnichów. W jej trakcie brat Luc kilkoma gestami reżyseruje jakby osobną liturgię. Bez słowa, ale z namaszczeniem stawia na stole dwie butelki czerwonego wina. Potem podchodzi do magnetofonu, włącza muzykę z "Jeziora łabędziego" - znany wszystkim motyw, którego słuchaliśmy w tylu filmach - z przejściem od sielanki do grozy i do patosu. Bracia słuchają w milczeniu, kamera pokazuje ich twarze. Wydają się tą muzyką uhonorowani, uświęceni, pojednani. To moment spełnienia ich misji.

Brat Luc jest wśród bohaterów "Ludzi Boga" kimś, komu wierzy się najbardziej. Zwrócono już uwagę, że to on promieniuje w filmie, choć nie jest postacią główną. Gra go Michel Lonsdale, aktor niezliczonych, pamiętnych epizodów i drugoplanowych ról. Grał u Truffauta, był opatem w "Imieniu róży", Mistrzem w "Baltazarze Koberze" Hasa, tajemniczym Papą w "Monachium", dystyngowanym czarnym charakterem w "Moonrakerze".

Jego niedźwiedziowata postura nie pasuje do wewnętrznej delikatności. Do tego dochodzi błysk inteligencji, ironia w głosie, coś, co sprawia, że Lonsdale występuje w filmie jakby prywatnie, z wolnej stopy, mówiąc własnym tekstem. Tak jest też tutaj. Jego biały, przyciasny habit wydaje się przebraniem.

Kiedy terrorysta wyprowadza go do samochodu, brat Luc mówi z lekkim zniecierpliwieniem: nie szturchaj mnie... Algierskiej dziewczynie, która przychodziła do niego po radę w sprawach sercowych, powie, że w swoim życiu wiele kochał, zanim przyszła ta "większa miłość".

Zakochani w miłości. To jest tajemnica, o której Thomas Merton napisał tyle książek: "dopóki nie kochamy każdego, nie kochamy Chrystusa". Tylko kto w takim razie mógłby powiedzieć o sobie: chrześcijanin?

Filmowa Góra za www.wyborcza.pl
 

Od 2010 roku Filmowa Góra nominuje do Nagrody Polskiego Kina Niezależnego im. Jana Machulskiego


Wspiera nas:


Współorganizatorzy FG:





Wyszukiwarka

Odwiedziny


Wczoraj : 356