FESTIWAL FILMOWY "KinoPozaKinem FILMOWA GÓRA 2011"


KI diabeł... czyli sam na sam z Leszkiem Dawidem i Romą Gąsiorowską
I reżyser, i jego aktorka, Roma Gąsiorowska, mówią o pracy nad „Ki”: „Nie było lekko, czasami nie było miło”. A reżyser – Leszek Dawid – w rozmowie z Łukaszem Maciejewskim dodaje: „ Roma to zjawisko, fenomen. Jest utalentowana. Ma intuicję, ale przy okazji kilka cech charakteru, które sprawiają, że jest cholernie trudna we współpracy”. No i Gąsiorowska za rolę Ki dostała w Gdyni główną nagrodę aktorską...
Łukasz Maciejewski: W każdym z nas jest Ki?
Leszek Dawid: W każdym. Choćby cząstka. Ale często skrywamy ją głęboko, bojąc się odsłonić. Przecież stać nas na brawurę i bezkompromisowość, ale nie lubimy płacić za nie ceny. A Ki niczego nie udaje. Uosabia odwagę, do której tęsknimy.
Ł. M.: Tytułowa bohaterka twojego filmu ma dziecko, kocha syna jak potrafi, ale nie dziamdzia, nie udaje mamuńci na macierzyńskich dopalaczach.
L. D.: Między innymi to mnie w Ki ujęło. W Polsce stwierdzenie, że dziecko to nie tylko przyjemności, ale także znaczące ograniczenia, jest niepoprawne polityczne. A macierzyństwo to nie tylko radości, ale też wielki wysiłek.
Ł. M.: Jesteś ojcem...
L. D.: To zadanie rozpisane na wiele lat. Odpowiedzialność. Staram się być dobrym tatą, musisz oddać kawałek siebie. Oczywiście warto, ale cena jest wysoka. Trzeba to sobie uczciwie powiedzieć.
Ł. M.: Roma Gąsiorowska gra dziewczynę chropowatą. Uzależniającą ekranowo, ale równocześnie odpychającą. Irytował mnie tandetny feminizm Ki rodem z pisemek dla pań albo jej chroniczny brak empatii.
L. D.: Ki nie miała być dziewczyną, której widz współczuje. Nie chodziło nam o typ nieboraczki, która przyjechała do Warszawy z małego miasteczka, wychowywała się w rodzinie bez ojca i przez przypadek zaszła w ciążę. Ki nie jest ofiarą losu, raczej denerwuje. Być może jednak na przecięciu irytacji i fascynacji jej postawą rodzi się coś w rodzaju więzi z postacią. Identyfikacja.
Ł. M.: Najczęstszą odpowiedzią, jaką słyszę od polskich aktorów, jest nieznosząca sprzeciwu sentencja: „Będę zawsze bronił bohatera”.
L. D.: Uważam, że nie zawsze musimy lubić postać filmową. Ważne, żebyśmy ją zapamiętali. Przykład pierwszy z brzegu – Truman
Capote grany przez Philippe’a Seymoura Hoffmana w filmie
Bennetta Millera. Nie był specjalnie sympatyczny, a jednak wyzwalał silne emocje. Od entuzjazmu po niesmak.
Ł. M.: Nie tylko bohaterka „Ki” nie wzbudza przyjaznych skojarzeń, również rzeczywistość wokół niej jest chaotyczna, zagmatwana, trudna do percepcyjnego okiełznania.
L. D.: Formę wyzwalała osobowość bohaterki. Cokolwiek robiliśmy przeciwko Ki, natychmiast wydawało się nielogiczne i niepotrzebne. Tak jakby fikcyjna postać nieustannie nad nami czuwała i powtarzała: „To jest moje życie, przeprowadzam was przez nie, ale wymagam absolutnej lojalności”. Montując film z Jarosławem Kamińskim, próbowaliśmy różnych wariantów, jednak jeżeli choćby na milimetr oddalaliśmy się od specyficznego świata bohaterki, natychmiast wszystko wydawało się fałszywe, mętne i wykoncypowane. Pewnie stąd wzięła się założona skrótowość formalna filmu, dynamiczne cięcia montażowe.
Ł. M.: Ki żyje szybko.
L. D.: Ciągle jej się spieszy. Brakuje jej czasu nawet na wypowiedzenie pełnych imion: synek – Piotruś, to Pio; Mikołaj – Miko, Antoni – Anto, Gośka – Go itd. Film nie mógł odkleić się od tej lekko anarchizującej filozofii życia: egzystencji w biegu, w pędzie, z zadyszką.
Ł. M.: Na czas realizacji filmu wszyscy po części staliście się Ki?
L. D.: Nie było innego wyjścia. O stronie formalnej filmu dyskutowaliśmy z operatorem Łukaszem Guttem wiele miesięcy przed rozpoczęciem zdjęć. Zastanawialiśmy się, jak zobrazować coś, co pozornie jest chaosem; jak nad tym zapanować? Łukasz doskonale sobie poradził. Pewne sytuacje wyczuł intuicyjnie, inne były efektem pracy na planie.
„Ki” w ogóle była trudnym filmem. Od każdego wymagała elastyczności, pomysłowości.
Ł. M.: Praca twórcza, zbiorowa.
L. D.: Tekst Pawła Ferdka żył na planie. Próbowaliśmy wielu rozwiązań aktorskich i sytuacyjnych. Maksymalnie ograniczaliśmy gadulstwo, staraliśmy się zastępować dialogi obrazem itd. Czasami było nerwowo, czasami euforycznie.
Ł. M.: Nie uważam „Ki” za film idealny, mam sporo uwag krytycznych, niemniej kilka rzeczy niezmiernie mi się podobało. Na przykład otwarte zakończenie.
L. D.: Również nie uważam, że film jest idealny (śmiech). Wszystkiego próbowaliśmy. A z zakończeniem było najwięcej kłopotów. Niemal do samego końca nie byliśmy pewni, jak zamknąć tę historię. Co się powinno wydarzyć.
Ł. M.: Najbardziej bałem się siermiężnego happy endu.
L. D.: Happy end był również brany pod uwagę. Ale na szczęście duch Ki cały czas nad nami czuwał. W tajemniczy, w zasadzie niezrozumiały sposób, bohaterka broniła się przed próbami łatwych, klasycznych rozwiązań. Czasami wszystko wydawało się nam bardzo proste. Zrób tak albo inaczej. Wówczas, podczas montażu, do akcji wkraczała filmowa Ki i mówiła: „Nie, moi drodzy, umowa była inna, to się nie uda”. Rzeczywiście, nic nie wychodziło. Każda próba tłumaczenia zachowań bohaterki w racjonalnym kluczu była z góry skazana na klęskę. Źle to wyglądało, dialogi natychmiast brzmiały fałszywie. W efekcie finał jest otwarty, a przyszłość Ki nie jest oczywista.
Ł. M.: Może to dobra ścieżka: wszystko może się zdarzyć.
L. D.: Na pewno w życiu Ki nie zabraknie kolorów.
Ł. M.: Nieuleczalna choroba na optymizm?
L. D.: Raczej życie na własnych warunkach. Nawet jeżeli dla innych
będą trudne do przyjęcia. Chwilowe zatrzymanie Ki w końcówce nie oznacza, że do bohaterki dotarła potrzeba zmiany, tylko fakt, że zmienić się nie może.
Ł. M.: Ki przypominała mi trochę Poppy z „Happy-Go-Lucky”
Mike’a Leigh.
L. D.: Ten tytuł przewijał się w naszych dyskusjach, ale taktycznie starałem się unikać takich skojarzeń. Leigh to jeden z moich ulubionych reżyserów, nawet mimowolnie nie chciałem się nim inspirować. Poza tym zdecydowanie ważniejszym punktem odniesienia był dla nas „Zapaśnik” Aronofsky’ego. Chodziło przede wszystkim o zabieg formalny, w którym krok za krokiem podążamy za bohaterem. Agnieszka Holland, opiekun artystyczny filmu, podczas prac przygotowawczych zasugerowała nam jeszcze jeden tytuł – „Rosettę” braci Dardenne. Dostrzegła podobieństwo w tym, że Ki, podobnie jak Rosetta, została skorumpowana przez świat.
Ł. M.: Holland wtrącała się do scenariusza?
L. D.: Skądże! Była jedynie mądrym inspiratorem, dobrym duchem „Ki”. Mój debiut ma zresztą wielu opiekunów. Jednym z nich jest Wojciech Marczewski, z którym doskonaliliśmy projekt w pierwszej fazie, jeszcze w Szkole Wajdy. Potem, kiedy okazało się, że o kobiecie opowiadają praktycznie sami faceci, pomyślałem, że fajnie byłoby mieć przy sobie kogoś, kto oceni to jednocześnie z intelektualnym dystansem oraz z feministycznej perspektywy. Agnieszka Holland była kandydatem idealnym. Nie mogłem trafić lepiej.
Ł. M.: Po zakończeniu zdjęć w środowisku filmowym chodziły plotki na temat twoich kłótni z Romą Gąsiorowską. Nawet w przygotowanych przez dystrybutora dyplomatycznych materiałach prasowych Roma mówi jedynie: „Nie było lekko, czasem nie było miło”.
L. D.: Chętnie to powtórzę. Nie było lekko, czasami nie było miło. Dla filmu najważniejszy jest jednak ostateczny efekt, a ten, w przypadku Romy, jest bardzo dobry. Nie znalazłbym w Polsce aktorki, która by lepiej przystawała do tej roli. Roma to zjawisko, fenomen. Jest utalentowana. Ma intuicję, ale przy okazji kilka cech charakteru, które sprawiają, że jest cholernie trudna we współpracy. Zdaję sobie sprawę, że również dla niej była to bardzo wyczerpująca praca. W zasadzie cały film opiera się przecież na jej bohaterce. Im bliżej końca realizacji, tym napięcie było coraz większe. Ale, jak widać, udało się Ki poskromić.
Ł. M.: Za chwilę premiera „Ki”, w marcu przyszłego roku w kinach pojawi się oczekiwany z dużym napięciem film „Jesteś Bogiem”. Można spokojnie o tobie powiedzieć: dziecko szczęścia. Ale przecież wiem, że twoja droga była zarówno długa, jak i wyboista. Zaczynałeś od anglistyki.
L. D.: Skończyłem studia, jakiś czas pracowałem jako nauczyciel.
Ł. M.: Gdzie?
L. D.: W rodzinnym Kluczborku. To był dobry czas. Miałem wtedy dwadzieścia kilka lat, względne poczucie bezpieczeństwa, jakieś pieniądze.
Ł. M.: To skąd się wzięła Szkoła Filmowa?
L. D.: Coś mnie nosiło. Gnało dalej. Kiedyś myślałem o operatorce. Pojechałem nawet na konsultacje do Łodzi, ale na egzaminy nie dotarłem. Parę lat później, mając 27 lat, powiedziałem sobie: dobra, pojedź tam, powiedzą ci, żebyś dał sobie spokój i przestaniesz o tym myśleć. Spróbowałem po to, żeby nigdy już do tego nie wracać. Okazało się, że egzaminy zdałem, ale paradoksalnie nie czułem wielkiej satysfakcji. Wiedziałem, że coś zyskuję, coś jednak tracę.

całość przeczytasz w magazynie FILM

Filmowa Góra za www.film.com.pl
 

Od 2010 roku Filmowa Góra nominuje do Nagrody Polskiego Kina Niezależnego im. Jana Machulskiego


Wspiera nas:


Współorganizatorzy FG:





Wyszukiwarka

Odwiedziny


Wczoraj : 247